Z norki

Przez ostatnie miesiące marzyłam o tym, by wrócić do swojej norki (wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej?) i spokojnie konsumować swoje życie. Trzydziestego pierwszego stycznia nie byłam smutna, zamknęłam drzwi, pogłaskałam kota i odetchnęłam z ulgą. Czy zatem siedzenie w małej, czarnej norce ma sens i co dzieje się w niewietrzonej głowie?

Nie jestem chomikiem a kołowrotek nie jest moją ulubioną zabawką. Jeśli mam za czymś gonić, muszę widzieć sens. Niestety nie widziałam go w kombo praca-autobus-sen, nie pasowałam też do roli jaką miałam pełnić. Powrót do norki stał się wkrótce celem numer jeden mojego życia, codzienny kołowrotek miałam ochotę wyrzucić przez okno. Powstrzymywał mnie jednak strach przed porządkami w norce.

Kiedy ją opuszczałam początkiem lata nie wszystko działało tak jak powinno. Chciałam więc teraz przeprowadzić gruntowny remont, nauczyć się mądrze konsumować życie, załatwić zaległe sprawy, znaleźć sens (szybko, najlepiej w miesiąc!) a potem jeszcze raz spróbować wyjść z norki. Taki miałam krótkoterminowy plan. Nie chciałam, żeby było jak dawniej.

Działanie jest trudne. Myśli są ponure i wiercą dziurę w głowie (niezawodnie). Może się nie udać i ty o tym wiesz. Nawet najfajniejszy plan, w końcu postawi cię pod ścianą: teraz albo wcale, sprawdzasz albo odpadasz. Chaos, sprzeczne wnioski, lata bałaganu, smutku i żalu, nie wiesz czy to udźwigniesz. Dzięki za dobre rady, ale ja chcę sama powtarzasz (żeby potem nie mówić, że miało być inaczej, że miałaś być gdzieś indziej). Plan, który masz jest trochę utopijny i raczej niekrótkoterminowy, ale boisz się zasiedzenia, więc myślisz miesiąc i będę nowa ja.

Właśnie mija dwa tygodnie, niewiele się zmieniło, może nic. Norka jest ciepła i znieczula. Piszę to ku własnej przestrodze.