Sobota

Siedzę przed komputerem ze szklanką herbaty i próbuję pisać. Wesele ze swoimi wątpliwymi przebojami zagłuszam playlistą ze Spotify, ale z marnym skutkiem. Ktoś pijackim głosem śpiewa, ktoś inny się śmieje. Sobota, na chwilę nie mamy zmartwień. Jesteśmy bogaci, pewni siebie i nic nas nie boli. Jeszcze nie martwię się tym, że przeczytałam wstęp do książki, z którego nic nie zrozumiałam i musiałam spisać długą listę nazwisk do sprawdzenia w internecie. Jeszcze nie jest zbyt nostalgicznie jak na sierpniowy wieczór, a liście są zdrowe i ciemnozielone. Kończy się dzień, ale jutro będzie kolejny. Dalej planuję te same wielkie rzeczy. Może jest po prostu dobrze?

Brakowało mi ostatnio cierpliwości. Sądziłam, że skoro nauczyłam się czekać, kiedy trzeba i dwa razy sprawdzać wyniki, to wystarczy i będzie już dobrze. Łudziłam się, że trudno może być tylko na początku. Niestety bywa cieżko na każdym etapie. Kiedy stawiasz pierwszy krok, a może nawet dopiero zastanawiasz się jak zacząć. I kiedy jesteś w trakcie i musisz spiąć się w sobie, żeby wytwać i doprowadzić sprawę do końca. Na każdym etapie trzeba jakiegoś przedziwnego połączenia odwagi i uporu. Z tym, że odwagi nigdy nie miałam, pewność siebie udawałam a cierpliwość sam wiesz. Coś się rozjechało. Kiedyś dobry czas mierzyłam w dniach, tygodniach i miesiącach, teraz liczę w minutach i godzinach. Zwątpienie przeplatane rzadkimi chwilami euforii stało się smutną codziennością. Jedno popołudnie bez myślenia zaraz stanie się coś złego. Przepracowana godzina, niezmarnowana minuta – wielkie święto.

Inni mają gorzej – to prawda, ale też marne pocieszenie.