10 lat

Minęło już trochę czasu, a ja dalej nie wytłumaczyłam się z silendo nemo peccat*. Nadróbmy tą zaległość. Wcale nie uważam, że milczenie jest złotem. Kiedy masz skłonność do niemówienia, wcześniej czy później zostajesz wrogiem ludzkości, marnym podglądaczem, którego nikt nie lubi. Nie mam więc najmniejszego powodu, aby nawoływać do milczenia. Z resztą piszę bloga, a to samo w sobie jest zaprzeczeniem. Jeśli jednak miałabym kontynuować zgadywanie co autor miał na myśli, zapisując powyższe słowa, to pewnie skłoniłabym się w kierunku powściągliwości. Warto zachowywać umiar, mieć świadomość tego, co się mówi, nie popadać w grafomaństwo. Po kilku latach zajrzałam do swoich archiwalnych wpisów** i nie umiałam ich czytać. Może za bardzo sobie pobłażałam, a może po prostu był to etap nauki (ciągle jest), z którego trzeba wyciągnąć wnioski, żeby móc iść dalej? Ale ani czasem pomilczeć, ani powiedzieć za dużo to nic złego. Dopiero przesada, w którąkolwiek stronę jest problemem.

Przez ostatnie 10 lat nawracałam się, szukałam autorytetów, chodziłam do szkoły i pisałam bloga. Dzisiaj mam ogromny kryzys wiary, mówienia o autorytetach unikam, szkołę powoli zamieniam w pracę, a blogi wolę czytać niż pisać. I mam Instagrama, choć tego bym się po sobie nie spodziewała. Poza tym strach ma większe oczy niż zazwyczaj, więc o tym, że mi smutno mówię już sama. Pocieszam się też sama i nie żałuję większości rzeczy, których podobno powinnam. Rosnę. Ciągle. Jeszcze dużo przede mną. Gdyby nie blogi, byłabym innym człowiekiem. Dobrze mi z sobą, na złość innym.

* dokładnie Milczeniem nikt nie grzeszy. Polski internet podpowiada, że tych słów użył Andrzej Frycz Modrzewski, pisarz polityczny, heretyk.
** dobry pomysł jeśli przypadkiem zapomniało ci się dlaczego lepiej jest mieć 26 lat niż powiedzmy 16.